Jak straciłem 135 000 zł w jednym roku. Case study, część 2/7 - BANKI
Opublikowano 6 marca 2021 r.
Czy bank działa jak instytucja pierwszej pomocy?
Pierwszy telefon był do banku.
– „Czy macie jakieś produkty dla importerów?”
– „Co zrobić, by nie tracić pieniędzy na kursach walut?”
– „Skąd się biorą kursy walut i dlaczego potrafią się tak intensywnie zmieniać?”
– „Czy możecie obniżyć kursy walut mojej firmie?”
W banku usłyszałem, że są instrumenty do zabezpieczenia ryzyka walutowego. Można skorzystać m.in. z forwardów i opcji walutowych, ale trzeba mieć świadomość, jak te instrumenty działają i jakie są kolejne ryzyka wynikające z ich użycia. Mało tego, należy uzupełnić testy adekwatności, aby bank miał pewność, że będę rozumiał, co robię.
„To chyba nie będzie taka łatwa przeprawa, jak mi się wydawało” – pomyślałem wtedy
Zacząłem szukać kolejnych informacji, czytać różne publikacje, ale nie potrafiłem powiązać w spójny sposób wszystkich elementów procesu.
Spotkałem w tamtym czasie firmę Ebury, która na swoim banerze prezentowała hasło: „zarządzanie ryzykiem walutowym”. Po krótkiej konwersacji okazało się, że oferują podobne możliwości do tego, co oferuje mój bank, jednak w sposób, który bardziej do mnie przemawia. Byłem przekonany, że należy spróbować.
Zacząłem analizować dane finansowe w mojej firmie, wartości faktur, w perspektywie dni, tygodni, miesięcy i intuicyjnie wnioskować, co mogę zrobić. Gdy kurs dolara wydawał mi się nisko, wtedy zawierałem transakcje forward, czyli kupowałem dolary, ale rozliczenie takiej transakcji (płatność) miało następować za 1, 2 czy nawet 3 miesiące. Mogłem skracać czas realizacji transakcji bez problemu, ale w przypadku wydłużania czasu na realizację transakcji musiałem dodatkowo argumentować.
Kilka razy okazało się, że muszę rozliczyć forward, wpłacić PLN, ale w momencie rozliczenia kurs rynkowy był lepszy od kursu takiej transakcji, a doradca niekoniecznie pozwalał tę transakcję przesunąć. Zaczął irytować mnie brak swobody w sytuacji, kiedy korzystniej było kupić walutę na tzw. SPOT-cie. Dodatkowo przeszkadzał mi fakt, że nieprecyzyjnie dobieram kwoty transakcji forward. Nie miałem jasno określonego systemu, momentów, w których podejmuję decyzję. Ta niedoskonałość procesu powodowała, że czułem się niekomfortowo podczas podejmowania decyzji o transakcjach walutowych. Do tego z reguły przed końcem miesiąca dzwonił do mnie doradca bankowy z propozycjami zawierania transakcji terminowych, bo podobno właśnie w tym momencie były dobre kursy.
Podświadomie czułem, że nie uporządkowałem obszaru zarządzania ryzykiem walutowym w sposób taki, jakbym tego oczekiwał sam od siebie. Miałem poczucie, że popełniam błędy w obliczeniach, nie mam pełnej wiedzy w temacie minimalizowania ryzyka kursowego i czasem działam zbyt pochopnie, bez przemyślanej i powtarzalnej strategii. Do tego dochodziło poczucie, że pracownik instytucji finansowej nie jest moim „przyjacielem”. Sprzedaje produkty bankowe i w jego interesie jest, bym kupił tych produktów jak najwięcej, tj. by wartość zabezpieczeń była wysoka i najlepiej w pojedynczych transakcjach, bo przecież jego premia zależała od wysokości zawieranych transakcji z klientem.
Przełomowe w tamtym momencie stało się dla mnie zrozumienie, że doradcy bankowi nie mają żadnych danych do wnioskowania, czego ja potrzebuję, jak wysokiego stopnia zabezpieczenia ryzyka, a jeżeli o cokolwiek pytam, to przecież nie wiedzą, czy dobrze to policzyłem.
Uznałem, że produkty bankowe są potrzebne i doradcy potrafią wykonywać bardzo dobrą pracę, ale to nie jest klucz do poczucia bezpieczeństwa i oszczędności czasu.
Postanowiłem zatem sprawdzić kolejną metodę…
Chcesz policzyć, ile kurs kosztuje Twoją firmę? Zostaw numer lub e-mail.